projektproza blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

Przekurwaurocze miasteczko.
Sielanka.
Panowie z dużymi brzuchami w garniturach
patrzą się z politowaniem.
 Ileż pogardy w tym spojrzeniu!

 ”Kolejny ćpunek”
 Sam jesteś ćpunkiem głupia kurwo.
 No przyznaj się,
co robisz z fetą, skonfiskowaną po tej ostatniej akcji z dzieciakami?

 Przyznaj się hipocipokryto.
 Ładny widok mam przynajmniej.

Około czternastej w okienku pojawia się Słońce,

wypełnia pomieszczenie światłem,

przyjemnie napierdala prosto w oczy.

Sproszkowany gorszek, pasta rybna, chujuwiecojeszcze.

Trochę…
 -Janek, Janek, co ci jest?
 Za mało tlenu,

za mało miłości
po odzyskaniu świadomości.

Za mało tlenu.

My.

Stać się częścią całości,
zlać się ze społeczną breją,

Budyń, budyn jest pożywny.
Sproszkowany konformizm,
500 ml mleka, dwie łyżki cukru.

Jesteś włóknem mięśniowym na płacie czołowym
nieistniejącego pająka rzeczypospolitej,
spuszczającym się z asekuracją po suficie,
puszczającym oko włóknem mięśniowym na płacie człowym
do współsiedzących.

 Obejrzyj sobie,
 nowy odcinek,
 koniecznie,
 jest świetna w tym sweterku.

Jasiu, co Ci jest?

 JakiśtakiKURWAnietaki jesteś.

Niewyraźny, hehe.

 Klisze myślowo- reklamowe.
 Budzisz się.

Przecierasz oczy,

Jesteś tym i tym,
nazywasz się tak i tak [Jaaanek, co ci jest?],
siedzisz tu i tu,
jesteś wypełniony takim i takim gównem.

 Takie i takie imię,
tyle i tyle lat, status społeczny-
taki i taki, taki wzrost, taka waga,
taka zapadnięta klatka piersiowa.

 8.00
 Ładne to miasteczko, zaiste.

[kamiljakubandrzejjamroziak]

Naprawdę, przeurocze miasteczko. Zadbane klomby, spacerniaki, czyste ulice, 
kameralne skwery i romantyczne kawiarenki.  Najbardziej lubię parki. Wygodne, 
solidne ławki idealnie nadają się na letnią drzemkę. Gęsto nasadzone drzewa i krzewy 
zapewniają względny komfort dźwiękowy. Spać, nie umierać!

***

-Panowie zechcą zrozumieć, że nie jestem w stanie podać swoich personaliów…

***

-Przytulna cela razy jeden! Barney, prowadzimy ci przyjaciela, ale bez czułości 
proszę. Chłopak wygląda na zdezorientowanego. Ot, pewnie następny ćpunek, który postradał 
zmysły. Nie gwarantuję jakości.

-Nie strasz go. Zlęknie się i nie będę mógł z nim po ludzku porozmawiać. Dobrze 
wiesz, że lubię tylko bezbronne dwunastki i ładniejsze sześćdziesiątki. Czasem jakiegoś 
ministranta wrzucę na ruszt. Hehehe…

***

Nigdy nie przypuszczałem, że w areszcie serwują więzienne jedzenie (smak znany, 
jakimś cudem). Gdybym pamiętał numer do mojego adwokata, nie kisiłbym się. Dodatkowo ten 
imbecyl nawija jak kataryniarz. Złotego pierścionka mu tylko brakuje, by pełnię szczęścia 
osiągnął. Dlaczego takie wyświechtane przygody dotykają tylko bohaterów, którzy stracili 
pamięć? Mama zawsze mi mówiła „Nie trać głowy Jasiu, bo bez głowy nigdy nie będziesz 
traktowany poważnie”. Janie, Jasiu, Janku, Janeczku. Czemu tak idiotycznie mnie nazywała? 
Pewnie jakaś pieszczotliwa ksywka. Kto dziś dzieci nazywa w ten sposób? Czemu nie wołała 
Adolf?

Adolf… Adolf… Adolf H… Fuhrer, Adolf H… Nie do wiary! Pamiętam! Nagle, w 
przypływie szczątkowych wspomnień, olśniło mnie. Z potoku retrospekcyjnego bełkotu, o Ja 
Genialny, wyłapałem te drogie dla mnie słowa. Wszystko, z czym mogę się obecnie utożsamiać. 
Coś, co określa mnie w czasie i przestrzeni.

Nazywam się Jan Wilczyński. Syn Marii Wilczyńskiej

***

Niestety, nie dojrzałem do niczego więcej. Swoje miejsce mam, teraz pozostaje 
czekać na funkcję.


[autor: JakubGajski]

część 5

1 komentarz

Uśmiechnął się
pod nosem. To dopiero pierwsza faza, ale wprowadzenie zamętu i chaosu bardzo
ułatwi wdrożenie głównego planu. Nic tak bardzo nie ułatwia pracy, jak
dezorganizacja umysłów ofiar… Choć trudno tutaj mówić o jakichkolwiek ofiarach.
Z tym pierwszym poszło nadzwyczaj łatwo. Wystarczyło poobserwować go przez
kilka dni, wiecznie pędził nie zwracając uwagi na nikogo i na nic, więc to było
bajecznie proste. Miał nadzieję, że z innymi pójdzie mu równie łatwo. Kiedy już
odpowiednia ilość osób straci orientację, będzie można powoli przymierzać się
do wprowadzania drugiej fazy planu. Wszystko musi przebiec idealnie. Baird
słusznie sądził, że ukierunkowanie ludzkich umysłów na zamęt wokół nich samych
pozostawi szersze pole do popisu.

Ciekawe, jak
też zamierzają to wszystko ogarnąć… Nie wiedział, i szczerze mówiąc aż tak
mocno go to nie interesowało. Oderwał się od ściany, spojrzał na zegarek i
przyspieszył kroku. Pozostało mu jeszcze pół godziny ziemskiego czasu, nim
przybędzie zmiennik. Musi sporządzić raport na temat zachowania tego psa po
stracie orientacji.

Ciekawe też,
jak poszło Arn`owi. Nie zazdrościł mu wyprawy w przestrzeń, i cieszył się, że
to nie jemu przypadło w udziale spowodowanie błędnego zakrzywienia czasu. Próbę
zmiany biegu historii każdy mógł przypłacić życiem…

Wyciągnął z kieszeni paczkę
papierosów, zapalił jednego i zaciągnął się głęboko. Czuł, jak dym stopniowo
wypełnia płuca, wnikając do krwioobiegu.

Ludzie nie są aż tak głupi, jak
mu się początkowo wydawało. Nagle zadzwonił telefon. Mężczyzna odebrał, ale nie
musiał nawet pytać, z kim rozmawiał. Tylko przełożony miał z nim kontakt.
Odbyli krótką, bardzo rzeczową rozmowę, od której przeszły go ciarki po
plecach, a twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas. Czas się zbierać, pomyślał, i
odkładając słuchawkę zagłębił się w tłum ludzi spieszących do pracy.

 

 

[autor: Mariette]

część 4.

Brak komentarzy

Co ty tutaj robisz?
I co ja robię tu, u-u, co ty tutaj robisz?
12 ciężkich szczerozłotych koron moją głowę zdobi


Co ja tutaj robię? – Wiem, że nic nie wiem. – Nie wiem, jakim cudem dałem nabraćsię na taką tendencyjną reklamę. Może ten mądrzejszy ja, którego zapomniałem gdzieś in thedead man’s town (ależ muzyczny humor mam dziś), pomyślałby, że to salon fryzjerskireklamuje się, jako miejsce „odpoczynku duszy i ciała”. Mało tego! Namówili mnie na trwałą!Całe szczęście tylko jedna korona zdobi moją głowę. Zdobi, buczy i dmucha na zimne.Brakuje, by szczerozłota była. Jeszcze bym ołowicy się nabawił – znając sztuczkipodwładnych mi kmieci-jubilerów. Jak dorwę takiego oszukańca! Archimedes mu nie pomoże!Jakem królową Francji!

Ledwo wyrwałam się z demoniej jamy, trafiłam na wybieg dla stalowych potworów…Pech mnie dzisiaj przesiaduje. Jakieś ciche i ustronne miejsce by się przydało. Inaczej niebędę mogła skorzystać z lusterka. „Bez lusterka nie ma krasnali, bez krasnali nie makołaczy” jak mawiał święty Wincenty od Graala.

Gdzie ja właściwie jestem? Gdzie są moje lenna? Nie znam ludzi, nie znam miejsca,ni zapachu powietrza… Niebo szare nade mną, prawo bezwzględne we mnie. Ale bez poddanychbezradna jestem w, zaiste, dziwnej krainie.

Eh, kawy bym się napił. Co ja właśnie miałem? Przypomnieć sobie, kim jestem,chyba…

[autor: JakubGajski]

część 3

Brak komentarzy

Po godzinie lub dwóch – szczęśliwi czasu nie liczą, a nieszczęśliwi nigdy nie robią niczego na czas – lekko już upojony książką, odorem Czarnego tulipana i winem, oparł głowę na zwiotczałej dłoni i poczuł, jak zapada się pod nim ziemia. Zarośnięty barman chrząknął gdzieś w kącie, a Marcin mimo woli odkopał powieki i spojrzał na chrząkacza z wyrzutem.- Co ja tutaj właściwie robię?-Barman wzruszył tylko ramionami i przetarł lepki blat. -Lepię się.- Marcin z trudnością oderwał rękaw od ‚zawinionej’ powierzchni baru – Moja wina, muszę ulepić się od nowa.- mruknął pod nosem i spojrzał wprost w szklaną szafę stojącą naprzeciwko, wypełnioną różnego rodzaju trunkami- eliksirami zapomnienia. Popatrzył w swoje oczy, ale te oczy patrzyły na niego inaczej. Pomacał swoją twarz, a odbicie w szafie wykonało tę samą czynność, ale nie pamiętał, żeby kiedykolwiek to odbicie widział wcześniej. Wsunął rękę za pazuchę i zaczął czegoś szukać, ale im dłużej tarmosił się ze swoją marynarką, tym bardziej czuł, że wycieka z niej nie jego zapach, a to czego szuka, wsiąknęło bezpowrotnie.- Zajebali mi klucz! – warknął w stronę barmana, a tamten tylko ponownie wzruszył ramionami i poszedł na zaplecze. Zdenerwowanie sprawiło, że wytrzeźwiał w ciągu kilku sekund, po czym zgarnął swoje rzeczy i wstał, żeby opuścić lokal. Na zewnątrz czekała go niespodzianka. Tuż obok drzwi wejściowych do Czarnego Tulipana stała niewielka, pomarszczona cyganka – ‚Zupełnie, jak sąsiadka spod 6′ – pomyślał i uśmiechnął się sam do siebie.- Wróżba za papierek.- Spojrzała na niego swoimi wielkimi, wypełnionymi pustką oczami. Próbował doszukać się w nich błagania, gniewu lub choćby nikłej iskierki chciwości, ale nie było w nich niczego oprócz czarnej otchłani. Przypomniał sobie te obrzydliwe wakacje nad morzem, kiedy jeszcze jako mały gamoń dał się namówić na pływanie w środku nocy i ten nieznośny skurcz, który poczuł i otchłań, która trzymała go w swoich szponach i to uczucie, że jest totalnie bezradny. Kiedy został wyciągnięty na brzeg przez swoich dwóch kolegów, obiecał sobie w duchu, że już nigdy się tak nie poczuje, że już nigdy nie będzie potrzebował pomocy innych. Teraz jednak stała przed nim cyganka, która przypominała mu, że bezradność leży w naturze człowieka, a on nie chciał żyć w zgodzie z naturą. Dlatego właśnie nigdy się nią nie otaczał. Bambusa i kota kupiła mu jeszcze matka, żeby ożywić wnętrze jego mieszkania, ale skoro jego właściwe wnętrze było martwe, cieszył się tylko, że bambus nie wymaga podlewania, a kot łazi swoimi ścieżkami. Tylko dlatego przetrwały.-Wróżba za papierek. – powtórzyła stara kobieta. – Nie, dziękuję.- odwrócił się od niej, żeby pomaszerować w stronę najbliższego tramwaju. Zdążyła złapać go za rękaw.- Słuchaj kobieto, nie mam czasu na twoje pier…- Nie dokończył, bo oczy cyganki spotkały się z jego własnymi i dopiero teraz spostrzegł w nich przerażenie- Nie zapomniałeś o czymś?!-krzyknęła- Nie powinieneś być w pracy?! Nie zapomniałeś kim jesteś? Jak wyglądasz?! I tego człowieka, którego uratowałeś?!

[autor: whathefuck]

część 2.

Brak komentarzy

- Nawet jakbym był ostatnim desperatem i postanowił skorzystać z oferty…Nie, pierdolę, to na drugim końcu Miasta- mruknął.Tramwaj był prawie pusty. Dziwne, przynajmniej dziwne.Marcin przybliżył twarz do brudnej szybyi począł obserowować tętniącą szarością architekturę.Nienawidził wielkich miast. Czuł się w nich bezradny. Im większe miasto, , tym…Zasnął, półprzytomny wysiadł na pętli, w zupełnie nieznanej dzielnicy.Perspektywa marudzącego szefa skutecznieodwiodła go od pomysłu, by wziąć taksówkę i postarać się jednak zdążyć.Świetna okazja, by poznać…-Przecież to właśnie Fabryczna! To tutaj…Odpocząć duszą i ciałem. Lepiej jakiejś kawiarni poszukam.Wyciągnął pogniecioną paczkę papierosów, wyjął przedostatniego.”Czarny tulipan” brzmiał dobrze, zdecydował sie wejść.Zamówił wodę mineralną i wino.But I fear tomorrow I’ll be crying,Yes I fear tomorrow I’ll be crying.Nawet nie zauważył, jak zaczął śpiewać, jak śpiewa coraz głośniej, jak przygląda mu się zarośnięty barman, jak szczerzy do niego zęby.Ocknął się, zamówił drugi kieliszek wina, wyjął „grę” i zaczął czytać.Najchętniej nie wracał do napawającego obrzydzeniem sterylnego stanowiska pracy, czarnego biurka, służbowego laptopa, zaśmieconego zdjęciami i muzyką, do starej, rozpadającej się kamienicy. Pustego, nieprzyjaznego mieszkania, gdzie czekał na niego tylko wspaniały zielony bambus i kot Mikołaj.

część 1.

Brak komentarzy

- Albo on się przekręci, albo ja się przekręcę – pomyślał szarpiąc za klucz wbity w oko zamka typu yeti. Usłyszał kroki na schodach i chrapliwe – Dzień dobry panie Marcinie. Odwrócił głowę i skinął nią lekko nie siląc się na odpowiedź. Sąsiadka spod szóstki była głucha jak pień. – Ciekawe ile ma lat? Trzeba by ją przerżnąć i policzyć słoje – zarechotał i słysząc, jak wtóruje mu opadająca zapadka wyjął klucz z zamka, szarpnął klamkę i wyszedł z klatki wprost w chłodny ale wciąż jeszcze słoneczny poranek. Marcin przez chwilę rozważał spacer, ale wiedział, że jeśli nie pojedzie tramwajem, to się spóźni do pracy. Znowu. I znowu będzie musiał wysłuchać od szefa swojej własnej, dwukrotnie zresztą prawdziwej historii o pożarze w tramwaju i o tym, że częściej tylko w płomieniach stawali piętnastowieczni heretycy przez Torquemadę podżegani. Aż dziw bierze, że Konwencja Genewska nie zakazuje rozprzestrzeniania sarkazmu. Marcin zatrzymał się przy kiosku, ale szukając drobnych na bilet zauważył, że ma już jeden taki. W dodatku nieskasowany. – To nawet lepiej – pomyślał i już miał przeciąć zatłoczoną ulicę w drodze na przystanek, gdy ktoś wyciągnął korek i powolna blaszana piana aut zaczęła spływać asfaltem. Wzruszył ramionami i powędrował w kierunku przejścia dla pieszych. Nadusił przycisk sygnalizacji wzbudzanej i dla pewności przyklepał go jeszcze pięścią dwukrotnie. Zawsze podejrzewał, że te przyciski to nie podłączone do niczego elektroniczne placebo mające na celu podniesienie na duchu sfrustrowanych przechodniów poprzez iluzję chociaż wpływu na ruch uliczny. Danie choć minimalnego poczucia kontroli, jeśli nie nad własnym życiem, to przynajmniej nad zebrą. Stał więc spokojnie czekając aż czerwony ludzik złego faraona ustąpi przed zielonym światłem Mojżesza, które wyprowadzi go z domu niewoli do ziemi obiecanej po drugiej stronie ulicy. Nim stał się cud zwyczajny i morze czerwone aut rozstąpiło się przed siłą zieleni, ktoś roztrącił oczekujących i poszedł sprawdzić czy zmotoryzowana fala zdoła go unieść. Nim Marcin zdołał krzyknąć – Jak się kurwa pasiesz baranie jebany! – zauważył, że jego ręka wystrzeliła jak harpun i wciągnęła na brzeg niedoszłą ofiarę rekiniej sylwetki sportowego samochodu. Trzymając wciąż jeszcze zaciśniętą dłoń na kurtce ocaleńca Marcin chciał wygłosić pomyślane tylko kurtuazyjne pytanie, ale właśnie nadjechała czternastka, machnął więc tylko ręką i pognał na przystanek. Nieznajomy zatoczył się i przykucnął.Serce waliło mu jak oszalałe, ale oddech miał spokojny. Powoli rozejrzał się wokół wkładając poszczególne elementy ulicy, jeszcze przed chwilą rozedrgane i niewyraźne na swoje miejsca. Językiem przeliczył zęby, przełknął ślinę i zaczął poprawiać sznurowadła. Tłumek oczekujący na przejściu przyglądał mu się z pogardą, więc wstał i z godnością ruszył chodnikiem. Tylko dokąd? Skąd? Skąd do cholery! miał wiedzieć. Przecież jeszcze przed chwilą.. Kurr..cze, no jeszcze przed chwilą.. Właściwie co jeszcze przed chwilą? Próbując sobie przypomnieć szedł przez rzednący poranny tłum i przyglądał się mijanym budynkom. Nie poznawał tej okolicy, ale czy jej nie znał? Znajome były produkty oraz usługi reklamowane przez do przesady szczęśliwych aktorów udających ludzi zaklętych w bilbordach. Znajome były obietnice składane przez polityków na wyborczych plakatach zachęcające by złożyć swój głos na talerzu demokracji, no ale te akurat od lat pozostają niezmienne. Znajoma sylwetka gazeciarza zastąpiła nieznajomemu drogę mechanicznym gestem wtykając mu w dłoń znajomy tytuł. Na pierwszej stronie znajome zdjęcie Pomnika Nieznanego Żołnierza. Nieznajomy tknięty przeczuciem wsadził gazetę pod pachę, przesunął się na brzeg chodnika i metodycznie zaczął przeszukiwać ubranie. Kątem oka zobaczył swoje odbicie w witrynie sklepu, podszedł bliżej i przyjrzał się znajomej twarzy, która absolutnie nic mu nie mówiła. W kieszeni znalazł klucz. Zwykły gładki klucz do zamka typu yeti. Jedyne co miał przy sobie. Z gazety trzymanej pod pachą wypadła kartka. Podniósł ją. Kolejna reklama: uśmiechnięta kobieta i napis:„Jeśli nie pamiętasz o czym zapomniałeś – przyjdź do nas – odpoczniesz i duszą i ciałem”. Poniżej był adres.

[autor: grzegorz8smy]


  • RSS